Jako młody artysta podpisujesz wymarzony kontrakt z wytwórnią, ale nie wnikasz w szczegóły, bo uważasz, że chwyciłeś Pana Boga za nogi. Kiedy twoja kariera nabiera rozpędu, wytwórnia z uśmiechem na twarzy uprzejmie zgłasza się po udział w przychodach z ostatniej, w całości wyprzedanej trasy koncertowej, chociaż w ogóle nie była w trasę zaangażowana. Dlaczego zatem wytwórnia oczekuje, że jej coś skapnie z pieniędzy ciężko zarobionych na wyczerpującej trasie? Odpowiedź jest prosta – ponieważ tak stanowi umowa.
Tradycyjny kontrakt płytowy reguluje prawa do nagrań, ich promocję oraz kwestie związane z podziałem przychodów z ich sprzedaży. Wytwórnia w całości finansuje produkcję i promocję albumu, a w konsekwencji czerpie większość zysków ze sprzedaży muzyki. Artysta z kolei zachowuje w całości dochody generowane z innych pól działalności artystycznej – koncertów, reklam czy merchandisingu.
Kontrakt 360° idzie dalej, bowiem przyznaje wytwórni udział w przychodach z działalności artysty, które w tradycyjnym modelu przypadają tylko wykonawcy (ewentualnie również jego menadżerowi). Jednak nie powinna dostawać tego za darmo. W zamian od wytwórni oczekuje się zaangażowania w pola działalności swojego podopiecznego, z których chciałaby czerpać dodatkowe korzyści finansowe, takie jak zarządzanie karierą artysty (management), kontrakty reklamowe (brand partnership) albo w opiekę nad kwestiami koncertowymi (booking).

Idea dzielenia się z wytwórnią przychodami innymi niż pochodzące ze sprzedaży muzyki nie jest zła z samego założenia – zwłaszcza gdy zaangażowanie wytwórni w karierę artysty nie kończy się na polu fonograficznym. Problemy pojawiają się, gdy kontrakt jest jednostronnie 360°, czyli artysta dzieli się przychodami z koncertów, współprac reklamowych czy merchandisingu, ale bez wsparcia od drugiej strony kontraktu. Logika opisanego podejścia jest dość prosta – skoro producent fonograficzny zainwestował niemałe pieniądze w wypromowanie muzyki artysty, a tym samym samego artysty, co generuje dodatkowe korzyści finansowe, to producent fonograficzny powinien coś z tego mieć.
Osobną pułapką może być podpisanie z wytwórnią umowy wydawniczej (publishingowej), czyli obejmującej zarządzanie autorskimi prawami majątkowymi. Wiele podmiotów oferuje ten kontrakt niejako „przy okazji”, jako element szerszej współpracy, mimo braku struktur i kompetencji. W praktyce „usługi wydawnicze” sprowadzają się do rejestracji utworów w ZAiKS. Artysta pozbywa się swoich praw (często na zawsze) i oddaje sporą część swoich tantiem z ZAiKS, a w zamian dostaje jednorazową czynność administracyjną, którą sam mógłby wykonać bezpłatnie. Prawdziwy wydawca muzyczny powinien aktywnie zarządzać katalogiem: pozyskiwać synchronizacje do filmów i reklam, licencjonować repertuar czy zapewniać sposobności do tworzenia utworów innym wykonawcom.
Umowa 360° nie musi być wyrokiem, ale jej warunki bezwzględnie wymagają negocjacji. Kilka zasad, które warto mieć na uwadze:
Umowy 360° to konstrukcja, która może służyć obu stronom, ale pod warunkiem, że jest uczciwa. Problem w tym, że młodzi artyści często podpisują je pod presją czasu i euforii pierwszego „dużego kontraktu”, bez pełnego zrozumienia konsekwencji. A to z kolei służy wytwórniom, które nie mają nic przeciwko, żeby na tym skorzystać.